Świadectwa

Teodor z Ingolstadt
Katarzyna z Ingolstadt
Józek z Roedental
Witold z Hamburga
Kasia z Mannheim
Danuta z Frankfurtu
Katarzyna z Ingolstadt
Alois z Schweinfurtu
Jola z Guetersloh
Gosia i Daniel Mazurek z Luksemburga
Daniel - Luksemburg (Swiadectwo uzdrowienia)
Świadectwo Rafala z XII Forum Charyzmatycznego 2013
Świadectwa uczestników XII Forum Charyzmatycznego
„Jedno wiem. Byłem niewidomy, a teraz widzę”



„TO ON ZA MNIE Umarł, ABYM JA Mógł żyć”

Kiedy skończyłem osiemnaście lat zachorowałem na białaczkę. Jako jedyny spośród młodych ludzi, których poznałem w klinice, wyzdrowiałem. Dziś wiem, że to Pan dał mi ta łaskę, a po wielu latach, dał mi także poznać, że to moja mama wyprosiła uzdrowienie, modląc się na różańcu do Matki Bożej.

Pomimo, że wyzdrowiałem, pozostał wielki lęk przed śmiercią i chorobą, przed szpitalami i lekarzami. Wielkim łukiem omijałem miasto gdzie byłem leczony, tematem tabu w naszym domu była choroba. Do tego doszedł fakt, że podczas transfuzji krwi zarażono mnie wirusem zapalenia wątroby typu „C” - najcięższym do wyleczenia genotypem. Lekarze twierdzili wtedy, że nie jest to groźne a wirus jest ‘uśpiony’, więc nie przywiązywałem wtedy do tego zbytniej uwagi.

Mając 25 lat ożeniłem się. Po roku małżeństwa dana mi była łaska nawrócenia. I właśnie wtedy, gdy zapomniałem już całkowicie o jakichkolwiek chorobach, po 9 latach, wirus zaczął atakować.

W święto podwyższenia krzyża zadzwonił do mnie lekarz z informacją, że faktycznie wykryto u mnie wirusa wątroby typu „C”. Lekarze dawali mi tylko 40% szans na wyleczenie. Na szczęście mieszkaliśmy już wtedy od roku w Luksemburgu, gdzie możliwości leczenia były dużo większe niż w Polsce. Modliliśmy się w tym czasie z żoną, na kolanach, przed krzyżem, mówiąc: „Panie w Tobie pokładamy nadzieje – Ty prowadź niech będzie wola Twoja”.

Lekarze kazali nam podjąć decyzje odnośnie leczenia. Kuracja, której miałbym być poddany wiązała się z dużymi kosztami, wywoływała wiele skutków ubocznych oraz obiecywała tylko 40% skuteczność. Jako że zaczęliśmy tą drogę z Panem, pytaliśmy: co Ty na to? 18 marca 2007 roku, pojechaliśmy na Mszę Świętą o uzdrowienie, Odnowy w Duchu Świętym w Gilsdorf (Luksemburg) z nadzieją, że Pan da nam jakiś znak, a może nawet uzdrowienie. Cały czas ufaliśmy, że dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. Mamy przecież Ojca „Wszechmogącego“!

W niedziele „syna marnotrawnego“ przeżyłem spowiedź, jak powracający syn do domu Ojca. Zawołałem: „Panie uzdrów mnie! W Twoich ranach moje uzdrowienie“. Przy wejściu do Kościoła każdy otrzymywał karteczkę ze Słowem Bożym z Pisma Świętego. Dostałem wtedy słowo: Jer 33.6 „Uzdrowię cię i uleczę”. Ksiądz Frank, natchniony Duchem Świętym, zawołał mnie aż z chóru do ołtarza, na modlitwę wstawienniczą. Głęboko ją przeżyłem i poczułem działanie Ducha Świętego. Gdzieś w sercu zrodziło się pytanie: „może już jestem zdrowy?”. Ale to jeszcze nie był czas, Jego dzieło dopiero się zaczęło. Coraz bardziej rozumiałem Słowo „Uzdrowię cię i uleczę” – to połączenie cudownego uzdrowienia z medycyną?! Czy mam podjąć ryzyko brania leków, aby Pan mógł dzięki modlitwie oraz medycynie mnie uzdrowić? Modliliśmy się nadal w tej intencji, a Pan dał nam kolejne Słowo: Mądrość Syracha 38.1-4 „Lekarz i leki: ufaj w posługę lekarza bo i jego stworzył Bóg, od Boga samego pochodzi uzdrowienie – Bóg stworzył leki na ziemi, a człowiek mądry niech nimi nie gardzi”.

Był to dla nas ewidentny znak, że Pan chce działać przez swoich lekarzy, że on im daje mądrość. Oni są jego narzędziem, a Pan sam daje zdrowie/uzdrowienie. Przez innych ludzi został nam polecony wspaniały lekarz. Okazało się potem, że jest też lekarzem rodziny książęcej.

Przed podjęciem terapii zrobiono mi jeszcze wszystkie potrzebne badania. Wyniki tych badan przesłano mojej żonie faxem. Nie były optymistyczne. Wirus rozmnożył się - z 200 tyś. do 4 milionów. Żona postanowiła mi tego nie mówić, gdyż następnego dnia, miałem rozpocząć terapię. Wieczorem pojechaliśmy jeszcze na Mszę Świętą Odnowy do Gilsdorf. Ksiądz prowadzący powiedział, że Pan pokazuje mu osobę, która dostała dziś złe wyniki badań. Osoba ta miała podejść do ołtarza, aby wspólnota mogła się za nią modlić. Wtedy żona wypychała mnie do przodu, mówiąc, że powinienem pójść. Ja natomiast nie zgodziłem się, odpowiadając, że przecież nie dostałem żadnej złej informacji, że już dawno wiem o chorobie. Jednak poszedłem do księdza po Mszy prosząc o modlitwę przed terapią, która miałem podjąć na następny dzień. Ksiądz po modlitwie powiedział, że Duch Święty mu teraz pokazuje, że to ja miałem przyjść przed ołtarz i rozpoczął modlitwę wstawienniczą. Po tej modlitwie powiedział do mnie: Przyjmij to, że Jezus daje ci 100% szans (nie 40% jak medycyna) na uzdrowienie - Jezus pokazał temu kapłanowi, że ta choroba nie prowadzi do śmierci ale do powiększenia Chwały Bożej!

 

Z tymi znakami obecności Bożej, na następny dzień, 19 października 2007 roku, odmówiłem Koronkę do Miłosierdzia Bożego, oddając Jego Miłosierdziu całe to leczenie. Również przez ofiarę Mszy Świętej w intencji zdrowia w tym dniu, podjęliśmy (Jezus, moja żona i ja) walkę przeciwko wrogowi jakim jest choroba. A Pan dalej mówił do mnie przez Pismo Święte: „Twoje ciało to świątynia Ducha Świętego. I każdy wróg tej świątyni będzie przeze mnie zgładzony. Wielbiłem Pana w Jego wierności w tych dniach! Pan wypełniał swoje słowa „nie porzucę cię i nie pozostawię!”

 

Po pierwszym zastrzyku dostałem gorączkę, która miała utrzymywać się od jednego do dwóch miesięcy. Lecz po tym wieczorze gorączka spadla i już nigdy nie wróciła. Zły duch zaczął atakować mnie nocą podsuwając myśli: „może twój organizm nie reaguje na ten lek, wcale się nie broni”. Ale Pan przemówił tej nocy do mnie przez moja żonę: „To Boża łaska cię ochrania, Pan nie chce twojego cierpienia, tylko zawierzenia”. Oddałem to Panu mówiąc „Jezu ufam tobie” i codziennie o godzinie 15  oddawałem się jego Miłosierdziu – zawierzałem chorobę i wielbiłem jego moc.

Opadałem coraz bardziej z sił, bolały mnie mięśnie jak po wyczynie sportowym, atakowała depresja, która była skutkiem ubocznym leków. W tym wszystkim Pan uczył mnie przyjmowania w pokorze pomocy innych – uczył brania, a nie dawania. To umacniało bardzo nasza miłość małżeńską. Pytałem siebie: „Jak to możliwe, że moja żona wracając do domu z pracy,  kocha mnie takiego słabego i do niczego?” A Pan pokazywał mi przez to, że właśnie taką miłością On kocha każdego człowieka, tak po prostu za nic. Pokazywał, że w naszym cierpieniu jest najbliżej nas. Uzdrawiało to moje zranienie z dzieciństwa, kiedy czułem się kochany dopiero wtedy, gdy na to zasłużyłem albo zapracowałem.

Cierpienie wypalało moja psychikę i uczyło prawdziwej miłości. Na modlitwie Pan podnosił nas na duchu Słowami: „...przejdzie przez ten ogień a On wypali to co nieczyste….”

Po 6 tygodniach (3 grudnia 2007) miałem pierwsze badanie krwi, które miało wykazać jak zareagował wirus. Celem było, aby z 4 milionów wirusów zostało 400 tyś. - tak aby dalsze leczenie miało sens. Innej szansy nie było, poniewaz na ten czas nie istnial alternatywny lek. Lekarz nas zaskoczył, mówiąc, że mamy się z czego cieszyć. Wirusów zostało poniżej 600 sztuk. Zostaliśmy skierowani na dokładniejsze badania, aby potwierdzić i sprecyzować diagnozę. Po dokładniejszym sprawdzeniu okazało się, że wirusów jest już poniżej 50 sztuk, a to był dopiero 6 tydzień leczenia. Lekarz stwierdzil ze to niesamowity wynik. Pomimo dobrego wyniku terapia tego agresywnego wirusa wątroby, musi być kontynuowana przez rok, ze względu na statystyki. Poza tym, wyniki ogolne watroby polepszyły się ponad dwukrotnie, a normą jest, że najpierw się pogarszają, a dopiero potem polepszają. Przypomniała nam się wtedy obietnica Boża: „Uzdrowię cię i uleczę”.

17 stycznia 2008  - zrobiono mi kolejny test. Wynik był negatywny. Wirus został zniszczony i to już po 4 miesiącach terapii! Z wielką radością pojechaliśmy do Gilsdorf na Mszę Świętą Odnowy, na której jesteśmy w każdy czwartek. Tego dnia usłyszeliśmy Czytanie: Mt 19.16-21 „..bądź zdrowy – idź do świątyni i daj świadectwo przed kapłanami”. Kapłan zachęcił wszystkich aby tego dnia, zamiast kazania, mówić świadectwa. Duch Święty jednocześnie wlał w nas odwagę i pragnienie wyjścia razem i powiedzenia tego co Pan dla nas uczynił! Tego dnia zaufaliśmy i uwierzyliśmy ze będzie dobrze, chociaż jeszcze ponad rok trzeba było czekać na ostatni rezultat tej walki! Dowiedzieliśmy się również, że tego samego dnia nasza zaprzyjaźniona Wspólnota z Frankfurtu, celebrowała Mszę Świętą właśnie w intencji mojego uzdrowienia.

W tym czasie, przeżywałem także inne cierpienie, ponieważ mój organizm reagował alergicznie na lek. Jednak nie można go było odstawić. Mięśnie stawały się coraz słabsze, włosy wypadały… Pan jednak mnie pocieszał: „Trwaj na modlitwie we Mnie, a Ja cię pociesze w momentach trudnych dla ciebie, by moja chwała była ponad wszystkie troski, leki i cierpienia. Jam jest Panem mojego ludu i nikt inny go nie będzie prowadził. Ludu mój ludu ja zawsze jestem z Tobą. W miłości wołam podążaj za Mną”.

Po roku terapii pojechaliśmy na pielgrzymkę dziękczynną do Lourdes. Siły szybko wracały, lecz na ostateczny wynik trzeba było poczekać jeszcze 6 miesięcy, bo w tym czasie mógłby nastąpić nawrót choroby.

Był to czas walki duchowej, czas lęków i obaw, ale także umacniania się w ufności Panu. Pewnego dnia, Pan posłał do nas kobietę, która nie znając detali powiedziała nam: „dotknąłeś śmiertelnej choroby i przeszedłeś przez nią – a to wszystko po to żebyś rozumiał innych cierpiących i mógł im pomagać. Czas cierpienia się jednak skończył. Wstań i zacznij żyć! Podnieś się, uwierz ze jesteś zdrowy! Nie dopuszczaj złego i jego myślami o chorobie i śmierci – to już ciebie teraz nie dotyczy“. Potem zwróciła się do mojej żony: „a ty cierpiałaś z nim i byłaś jego podporą. Twój uśmiech był balsamem dla niego. Niech twoje światło, radość i uśmiech na nowo rozbłysną. Ten czas się skończył…“. Te słowa nadziei poruszyły nas do łez! Chwała Panu!!!

W marcu 2009 zrobiono mi badania, a ostatni wolny termin na konsultacje u lekarza, był w Wielki Piątek 10 kwietnia 2009 – zdecydowaliśmy się na ten termin... i tak widocznie miało być. W Wielki Czwartek Jezus żegnał się z apostołami, wiedział że jego czas już nadszedł. Mnie w ten dzień atakowały lęki, co będzie jeśli wynik będzie niezadowalający? Czy jestem gotowy iść do Ciebie Panie? Modliłem się jednak do Boga, aby stała się Jego wola. Mówiłem Mu także, że jestem gotowy, aby on zabrał mnie do siebie.

W Wielki Piątek na porannej modlitwie, przed wyjściem do lekarza, czytaliśmy Słowo Boże z tego dnia: Izajasz 52.13-53.12. Słowa trafiły do nas jak nigdy dotąd: „On poniósł nasze choroby – W Jego ranach nasze uzdrowienie”. Poszliśmy do lekarza, a on powiedział: „Macie wielki powód do radości w te święta ponieważ jesteś zdrowy. Wirusa nie ma. Wszystkie wartości krwi wróciły do normy. Jestem bardzo zadowolony z przebiegu terapii i już nie musisz stawiać się na kontrole! Był to ciężki wirus ale tobie się udało”. Tego dnia na liturgii wielkopiątkowej poczułem dogłębnie, że dziś Chrystus za mnie umiera, abym ja mógł żyć!

Na celebracji w Wigilię paschalną, po przeistoczeniu, ksiądz Frank skierował Ciało Jezusa do ludzi wypowiadając słowa, które do mnie nie docierały, oprócz jednego zdania:

„To Ja umarłem, abyś ty mógł żyć”!

 

Ojcze WSZECHMOGACY - bądź uwielbiony!!!


Data dodania: 2013-03-24 19:59:35