Udostępnij

Ksiądz, mój spowiednik, zawsze mi powtarza, że kiedyś się zajedę, że powinnam pomyśleć o sobie. I w końcu pomyślałam. Pojechałam się wyciszyć, zdystansować, ograniczyć wszystko wokół i skupić się, żeby odpocząć w Nim – naładować akumulatory.

Jechałam tam strasznie zmęczona – i fizycznie, i psychicznie. Te wszystkie stresy, lęki: o męża, o dzieci, o moje relacje z nimi, o osoby, które przychodziły po poradę i obciążały mnie swoimi problemami, o finanse, o przyszłość… Jechałam tam poraniona, bo nie oszukujmy się – przez ostatnie lata tych ran trochę się nazbierało. Jechałam tam z poczuciem, że jestem złą matką, żoną, że nie jestem wystarczająco dobra.

Tam, z tego wszystkiego, zostałam uzdrowiona. Zostawiłam te rany, lęki i troski Jemu – Ojcu, który nieustannie powtarzał, że jestem Jego ukochaną córeczką. Że kocha mnie bezgranicznie. Przez te dwa dni nieustannie modliliśmy się o wylanie Ducha Świętego, o spokój serca – i to wszystko otrzymałam. Nawet z nawiązką.

Od wielu miesięcy borykałam się z ostrogą piętową. Nie było poranka, żebym nie szła z bólem i płaczem do łazienki – aż łydkę mi wykręcało z bólu. Nawet po 10 minutach przerwy na sofie nie potrafiłam wstać i przejść kilku kroków do kuchni bez kulenia się. Wystarczyło, że jednego dnia zmieniłam buty na inne niż zwykle – i już wieczorem nie mogłam chodzić prosto. I zostałam z tego wyleczona! Podczas modlitwy o przebaczenie i uzdrowienie. Budzę się bez bólu, chodzę bez bólu, mogę leżeć bez ciągłej zmiany pozycji stopy – bo inaczej dopadały mnie skurcze.

Wyjechałam SPOKOJNA i UKOCHANA.

Niech zasiane owoce wydadzą obfite plony u każdego z nas.

Chwała Bogu! 😇😀